Od 2 sierpnia 2026 r. zaczęły być stosowane obowiązki przejrzystości wynikające z art. 50 AI Act. Wraz z nimi wróciło pytanie, które brzmi prosto, ale proste wcale nie jest: czy każdą treść przygotowaną z pomocą sztucznej inteligencji trzeba teraz oznaczać?
Nie. I dobrze, bo gdyby obowiązek wyglądał właśnie tak, internet bardzo szybko zapełniłby się etykietami „stworzono przy użyciu AI”, przyklejanymi do wszystkiego — od poprawionego przecinka po syntetyczne nagranie przedstawiające wypowiedź, która nigdy nie padła. Po kilku tygodniach nikt nie zwracałby na te oznaczenia uwagi.
AI Act idzie w inną stronę. Nie pyta wyłącznie o to, czy system został użyty. Znacznie ważniejsze jest, co zrobił, jaki materiał powstał, czy może zostać uznany za prawdziwy oraz czy odbiorca potrzebuje dodatkowej informacji, aby właściwie go ocenić.
To różnica zasadnicza.
Co innego poprawić przy użyciu AI składnię komunikatu napisanego przez pracownika, a co innego wygenerować realistyczne zdjęcie burmistrza przecinającego wstęgę na otwarciu inwestycji, której jeszcze nie oddano. W obu przypadkach użyto sztucznej inteligencji. Tylko że ryzyko wprowadzenia odbiorcy w błąd jest zupełnie inne.
Art. 50 obowiązuje od 2 sierpnia 2026 r. i dotyczy między innymi bezpośredniej interakcji człowieka z AI, technicznego znakowania treści generowanych przez systemy oraz ujawniania deepfake’ów i niektórych tekstów dotyczących spraw leżących w interesie publicznym. Komisja Europejska opublikowała w lipcu 2026 r. wytyczne dotyczące stosowania tych obowiązków, a wcześniej także kodeks postępowania poświęcony znakowaniu i oznaczaniu treści AI.
Nie wszystko, co przeszło przez AI, staje się „treścią AI”
W codziennej pracy granice szybko się rozmywają.
Autor pisze tekst sam, a potem prosi system o skrócenie dwóch akapitów. Grafik przygotowuje projekt, ale generatywnym wypełnianiem usuwa z tła przypadkowego przechodnia. Pracownik urzędu przekazuje AI własne notatki i prosi o uporządkowanie ich w komunikat prasowy. Ktoś inny wpisuje jedno zdanie promptu i publikuje otrzymany wynik bez sprawdzenia.
Formalnie we wszystkich tych sytuacjach sztuczna inteligencja uczestniczyła w procesie. Byłoby jednak absurdem traktować je identycznie.
Najbardziej oczywisty przypadek to materiał wygenerowany niemal w całości. Człowiek podaje temat, czasem ton i długość, a system przygotowuje tekst, obraz, nagranie albo film. Jeżeli wynik trafia do publikacji bez poważnej redakcji, trudno mówić, że AI była tylko narzędziem pomocniczym. To ona stworzyła zasadniczą zawartość.
Późniejsze poprawienie kilku zdań niewiele tu zmienia. Usunięcie powtórzeń, zamiana nagłówka i poprawienie przecinków nie są jeszcze kontrolą merytoryczną. Człowiek może dotknąć tekstu, ale wciąż nie sprawdzić, czy zawarte w nim informacje są prawdziwe.
Inaczej wygląda materiał, który powstał przy wsparciu AI, lecz został przejęty przez autora. Autor sprawdził źródła, odrzucił część propozycji, zmienił argumentację, dopisał własne wnioski i podpisał się pod całością. Wtedy rola systemu przypomina rolę narzędzia roboczego. Ważnego, czasem bardzo pomocnego, ale jednak narzędzia.
Jeszcze mniej kontrowersyjna jest sytuacja, w której AI wykonuje jedynie korektę, transkrypcję, tłumaczenie albo porządkuje strukturę tekstu. Nie oznacza to oczywiście, że można przestać uważać. Automatyczne tłumaczenie potrafi zmienić znaczenie przepisu, a streszczenie może zgubić wyjątek, który w oryginalnym dokumencie był kluczowy. Nadal trzeba to sprawdzić. Nie każda taka operacja tworzy jednak nową „treść wygenerowaną przez AI” w potocznym sensie.
Najuczciwiej jest więc patrzeć nie na sam fakt użycia narzędzia, ale na jego wpływ na końcowy materiał. Czy AI poprawiła formę? Czy stworzyła treść? Czy zmieniła znaczenie? Czy wygenerowała obraz rzeczywistości, którego odbiorca może nie odróżnić od fotografii?
Dopiero wtedy zaczyna się sensowna rozmowa o oznaczaniu.
Gdzie kończy się pomoc, a zaczyna obowiązek przejrzystości?
AI Act nie ustanawia ogólnej zasady, według której każdy tekst przygotowany przy użyciu systemu generatywnego musi otrzymać widoczną etykietę.
Przepisy skupiają się na sytuacjach, w których brak informacji mógłby zniekształcić odbiór treści. Chodzi przede wszystkim o materiały przypominające autentyczne osoby, miejsca, obiekty lub zdarzenia, a także o niektóre teksty publikowane w celu informowania opinii publicznej o sprawach leżących w interesie publicznym.
W przypadku obrazu, dźwięku lub filmu szczególnie ważne jest pojęcie deepfake’u. Nie każdy obraz wygenerowany przez AI nim będzie. Fantastyczna ilustracja smoka siedzącego na dachu urzędu raczej nikogo nie przekona, że dokumentuje prawdziwe wydarzenie. Ale już realistyczna fotografia przedstawiająca konkretną osobę w miejscu, w którym nigdy nie była, może zostać uznana za autentyczną.
Tu nie trzeba specjalistycznej wiedzy, żeby poczuć różnicę. Jedno jest ilustracją. Drugie udaje zapis rzeczywistości.
Właśnie tam przejrzystość przestaje być miłym dodatkiem, a zaczyna chronić odbiorcę przed fałszywym wrażeniem.
Podobnie jest z głosem. Syntetyczny lektor czytający informację o utrudnieniach w ruchu nie musi wzbudzać szczególnych wątpliwości, zwłaszcza gdy nie imituje konkretnej osoby. Jeżeli jednak wygenerowane nagranie brzmi jak wypowiedź prezydenta miasta, dyrektora instytucji albo eksperta, który nigdy tych słów nie powiedział, informacja o sztucznym charakterze materiału jest konieczna. Bez niej odbiorca zostaje zwyczajnie oszukany.
Teksty o sprawach publicznych są przypadkiem szczególnym
W administracji najwięcej wątpliwości budzą nie filmy, lecz teksty.
Urząd może dziś użyć AI do przygotowania komunikatu o inwestycji, odpowiedzi na pytanie mieszkańca, streszczenia uchwały albo opisu nowego świadczenia. Wszystkie te materiały dotyczą spraw publicznych. Czy wobec tego każdy powinien zostać oznaczony?
Nie, o ile tekst został objęty rzeczywistą kontrolą człowieka lub kontrolą redakcyjną, a wskazana osoba albo instytucja ponosi odpowiedzialność za jego publikację. Takie wyłączenie wynika wprost z art. 50 ust. 4.
Słowo „rzeczywistą” jest tu jednak ważniejsze, niż może się wydawać.
Nie wystarczy, że pracownik przeczyta pierwsze dwa zdania i uzna, że „brzmi dobrze”. Nie wystarczy też automatyczna korekta ani zaakceptowanie tekstu przez osobę, która nie zna sprawy. Kontrola powinna dotyczyć sensu, faktów, podstaw prawnych, źródeł i konsekwencji publikacji.
Jeżeli AI przygotowała komunikat o terminie składania wniosków, ktoś musi sprawdzić ten termin. Jeżeli system streścił uchwałę, ktoś powinien porównać streszczenie z dokumentem. Jeżeli wygenerował odpowiedź na pytanie obywatela, urząd musi wiedzieć, czy odpowiedź jest zgodna z prawem i czy nie pomija okoliczności, które zmieniają sytuację tej osoby.
To nie jest przesadna ostrożność. To zwykła odpowiedzialność za własną publikację.
W praktyce oznacza to, że urząd nie musi oznaczać każdego komunikatu, którego roboczy szkic powstał z pomocą AI. Powinien jednak umieć wykazać, że tekst nie został wypuszczony automatycznie i że ktoś naprawdę za niego odpowiada.
A jeśli nie umie? Wtedy problemem nie jest już sama etykieta. Problemem jest cały proces publikacji.
Etykieta nie naprawi niezweryfikowanej treści
Łatwo wpaść w pułapkę: skoro dodaliśmy informację „tekst wygenerowany przez AI”, to sprawa załatwiona.
Nie jest.
Oznaczenie nie zwalnia z odpowiedzialności za błędy. Nie działa jak regulamin, w którym drobnym drukiem zapisano, że publikujący za nic nie odpowiada. Urząd, firma, redakcja czy organizacja nadal odpowiadają za to, co przekazują ludziom.
Dotyczy to prawdziwości informacji, ochrony danych, praw autorskich, języka, dostępności, a także skutków błędnej porady lub pouczenia. AI nie może być wygodnym kozłem ofiarnym.
System nie ponosi odpowiedzialności za podanie niewłaściwego terminu. Nie odpowie za opublikowanie wizerunku osoby bez zgody. Nie wyjaśni obywatelowi, dlaczego dostał błędną informację. Wszystko to wraca do podmiotu, który użył narzędzia i zdecydował, że wynik nadaje się do publikacji.
Dlatego oznaczenie treści należy traktować jako element przejrzystości, nie jako zastępstwo kontroli jakości.
Techniczne znakowanie to nie to samo co informacja dla człowieka
W dyskusji o treściach AI często mieszają się dwa różne porządki.
Pierwszy to oznaczenie maszynowe. Chodzi o takie zapisanie informacji o pochodzeniu materiału, aby mogły ją rozpoznać systemy, platformy i narzędzia weryfikujące treść. Może to być metadana, znak wodny albo inny sygnał osadzony w pliku.
AI Act nakłada obowiązki w tym zakresie przede wszystkim na dostawców systemów generujących lub modyfikujących tekst, obraz, dźwięk i wideo. Znakowanie ma umożliwiać wykrywanie sztucznego pochodzenia materiału i powinno być skuteczne, interoperacyjne, niezawodne oraz odporne na manipulację, na ile pozwala na to technologia.
Brzmi dobrze, ale zwykły użytkownik tych metadanych nie zobaczy. Co więcej, mogą zniknąć podczas kopiowania pliku, wykonania zrzutu ekranu, kompresji albo publikacji w serwisie społecznościowym.
Dlatego techniczne znakowanie nie załatwia wszystkiego.
Drugi porządek to informacja przeznaczona dla człowieka. Widoczny napis, komunikat przed odtworzeniem materiału, opis pod grafiką, informacja w poście. Coś, co pozwala odbiorcy od razu zrozumieć, z czym ma do czynienia.
Komisja udostępniła nawet zestaw unijnych ikon do oznaczania treści generowanych lub modyfikowanych przez AI. Ich użycie jest dobrowolne. Sama ikona nie przesądza również o spełnieniu obowiązku — publikujący nadal musi zadbać, aby informacja była właściwa dla konkretnego materiału i sytuacji.
To ważne, bo ikona bywa wygodnym alibi. Jest mała, elegancka, nie psuje projektu. Tyle że wielu użytkowników nie wie, co oznacza. A jeśli dodatkowo nie ma tekstowego opisu, osoba korzystająca z czytnika ekranu może nawet nie dowiedzieć się o jej istnieniu.
Oznaczenie musi być dostępne. Inaczej jest tylko dekoracją
Skoro informujemy odbiorcę, że materiał został wygenerowany albo zmodyfikowany przez AI, informacja ta powinna dotrzeć do wszystkich odbiorców. Także do osób niewidomych, słabowidzących, Głuchych, korzystających z powiększenia lub mających trudności ze zrozumieniem złożonych komunikatów.
Nie wystarczy fioletowa obwódka. Nie wystarczy mały symbol w rogu grafiki. Nie wystarczy półprzezroczysty napis, którego prawie nie widać.
Oznaczenie przekazane wyłącznie kolorem będzie niewystarczające dla osób, które nie rozpoznają różnic barwnych. Ikona bez nazwy dostępnej dla czytnika ekranu pozostanie niewidzialna dla użytkownika niewidomego. Komunikat wypowiedziany tylko głosem nie dotrze do osoby Głuchej, a napis pokazany przez dwie sekundy może być nieczytelny dla kogoś, kto potrzebuje więcej czasu.
Komisja wskazuje, że oznaczenia powinny być czytelne, odpowiednio umieszczone i zrozumiałe, a rozwiązania oparte na ikonach powinny uwzględniać dostępność dla technologii asystujących.
W praktyce najlepiej łączyć różne sposoby przekazywania informacji.
Przy grafice może pojawić się krótki tekst: „Ilustracja wygenerowana przy użyciu AI”. W materiale wideo informacja powinna być dostępna wizualnie i dźwiękowo. Przy syntetycznym nagraniu głosowym warto poinformować o tym przed rozpoczęciem właściwej treści. Jeżeli ikona otwiera dodatkowe wyjaśnienie, użytkownik musi mieć możliwość uruchomienia jej klawiaturą, a fokus nie może po otwarciu wyskoczyć w przypadkowe miejsce.
To są drobiazgi tylko dla kogoś, kto nigdy nie próbował korzystać z niedostępnego interfejsu. Dla użytkownika decydują o tym, czy informacja w ogóle istnieje.
Jak to wygląda w praktyce?
Komunikat prasowy urzędu
Pracownik przygotował notatki, przekazał je systemowi, a AI ułożyła pierwszy szkic komunikatu. Potem tekst został sprawdzony, poprawiony, uzupełniony i zatwierdzony przez osobę odpowiedzialną za publikację.
Nie widzę sensu, aby przy takim materiale automatycznie umieszczać etykietę „wygenerowano przez AI”. Ostateczny komunikat jest publikacją urzędu, urząd zna jego treść i bierze za nią odpowiedzialność.
Co innego, gdy system sam pobiera dane, generuje komunikat i publikuje go bez udziału człowieka. Wtedy odbiorca powinien wiedzieć, że czyta treść automatyczną, zwłaszcza jeśli dotyczy ona sprawy publicznej i nie przeszła redakcyjnej kontroli.
Grafika promocyjna
Wygenerowana ilustracja przedstawia letni koncert w wyraźnie plakatowym, nierealistycznym stylu. Nie udaje zdjęcia dokumentalnego. Oznaczenie może być rozsądną praktyką, ale ryzyko pomyłki jest niewielkie.
Teraz inny przykład. Instytucja publikuje fotorealistyczny obraz tłumu bawiącego się na ubiegłorocznej imprezie, choć zdjęcie nie pochodzi z wydarzenia, a przedstawione osoby nigdy tam nie były. Podpis sugeruje, że to dokumentacja.
Tu sprawa robi się poważna. Odbiorca ma prawo uznać, że ogląda prawdziwe zdjęcie. Materiał powinien być wyraźnie oznaczony, a być może w ogóle nie powinien być używany w taki sposób, bo sama etykieta nie usuwa manipulacyjnego charakteru przekazu.
Odpowiedź urzędu
Pracownik używa AI do przygotowania projektu odpowiedzi na pytanie mieszkańca. Sprawdza podstawę prawną, dane sprawy i ostateczne brzmienie pisma.
Nie ma potrzeby dopisywać do odpowiedzi, że pierwszą wersję pomógł przygotować system. Dla mieszkańca ważniejsze jest, że otrzymał prawidłową i odpowiedzialną odpowiedź urzędu.
Jeżeli jednak odpowiada chatbot, który samodzielnie interpretuje pytania i generuje odpowiedzi, użytkownik powinien zostać poinformowany, że rozmawia z AI, chyba że jest to oczywiste z kontekstu. Taki obowiązek również wynika z art. 50.
Automatyczne streszczenie dokumentu
Na stronie pojawia się streszczenie kilkudziesięciostronicowego raportu. Wygenerował je system, nikt go dokładnie nie sprawdził.
W takim przypadku informacja o automatycznym pochodzeniu jest potrzebna. Powinna też uczciwie wskazywać ograniczenie: streszczenie może pomijać szczegóły, a wiążąca lub pełna treść znajduje się w dokumencie źródłowym.
Jeżeli jednak autor raportu porównał streszczenie z oryginałem, poprawił je i zatwierdził, sytuacja wygląda inaczej. To nadal tekst przygotowany z pomocą AI, ale objęty kontrolą i odpowiedzialnością redakcyjną.
Syntetyczne nagranie
Neutralny głos syntetyczny odczytuje komunikat o zmianie organizacji ruchu. Nie podszywa się pod konkretną osobę. Wystarczy jasna informacja, że wykorzystano głos syntetyczny, zwłaszcza gdy odbiorca mógłby uznać, że słucha pracownika instytucji.
Jeśli natomiast nagranie imituje głos konkretnej osoby i wkłada jej w usta słowa, których nie wypowiedziała, oznaczenie musi być jednoznaczne. Nie gdzieś na końcu opisu. Przed odsłuchaniem albo natychmiast po jego rozpoczęciu.
Post w mediach społecznościowych
AI zaproponowała treść posta, pracownik ją przepisał, sprawdził datę, miejsce i link. Samo użycie narzędzia nie musi być eksponowane.
Ale jeżeli do posta dołączono realistyczne, wygenerowane zdjęcie sugerujące autentyczne wydarzenie, oznaczenie tekstu niczego nie rozwiąże. Informacja musi odnosić się do obrazu, bo to właśnie obraz tworzy fałszywe wrażenie.
Media społecznościowe są tu szczególnie kłopotliwe. Pliki są kompresowane, metadane znikają, materiały są udostępniane bez pierwotnego opisu. Dlatego widoczne oznaczenie powinno być na tyle blisko treści, aby nie odłączyło się od niej przy pierwszym udostępnieniu.
Potrzebujemy zasady rozsądnej, a nie mechanicznej
Najgorszym rozwiązaniem byłoby oznaczanie wszystkiego dokładnie tak samo.
„Treść przygotowano z użyciem AI” pod artykułem napisanym przez eksperta, który użył systemu do uporządkowania nagłówków, będzie równie mało użyteczne jak brak jakiejkolwiek informacji przy realistycznym fałszywym nagraniu.
W pierwszym przypadku odbiorca dowiaduje się czegoś mało istotnego. W drugim nie dowiaduje się tego, co najważniejsze.
Dlatego lepsza jest zasada proporcjonalnej przejrzystości.
Im większy wpływ AI na treść, im bardziej realistyczny materiał i im poważniejsze konsekwencje jego błędnego odczytania, tym wyraźniejsza powinna być informacja. Nie ogólna. Konkretna.
„Obraz wygenerowano przy użyciu AI”.
„Nagranie zawiera syntetyczny głos”.
„To automatyczne streszczenie niezweryfikowane przez autora dokumentu”.
„Film został cyfrowo zmodyfikowany i nie przedstawia rzeczywistego zdarzenia”.
Takie komunikaty coś mówią. Pozwalają zrozumieć, co właściwie zrobiła technologia i na co odbiorca powinien uważać.
Nie chodzi o przyznawanie się do AI
W dyskusjach o oznaczaniu treści często pojawia się dziwna nuta wstydu. Jakby etykieta była przyznaniem, że autor poszedł na skróty albo że materiał jest z definicji gorszy.
Nie o to chodzi.
Sztuczna inteligencja może być użytecznym narzędziem. Może pomóc przeanalizować materiał, przygotować wersję roboczą, przetłumaczyć tekst czy wygenerować ilustrację. Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy odbiorca nie może odróżnić materiału prawdziwego od sztucznego albo gdy instytucja sama nie wie, czy publikowane informacje są poprawne.
Przejrzystość nie jest więc karą za korzystanie z AI. Jest elementem uczciwej komunikacji.
A uczciwa komunikacja nie polega na opisywaniu każdej operacji wykonanej po drodze. Polega na przekazaniu odbiorcy tego, co może zmienić jego ocenę materiału.
To właśnie powinno być punktem odniesienia po 2 sierpnia 2026 r.